RSS
niedziela, 17 lutego 2008
Chu chu cha, zima zla


Jego to nie wzrusza, bo futra ma pod dostatkiem.



To dla tych, ktorzy sie stesknili za jego widokiem ;)


Chwilowo zawiesilam sie w czasie (chwilowo, to znaczy od piatku wieczorem).
Bardzo mozliwe, ze to bylo to jedno zdanie.
Rozbrzmiewa mi w glowie nieproszone.
I to chyba nie zazdrosc, ale konsekwencje sa najbardziej przykre.
To poczucie bycia w niewlasciwym miejscu, niewlasciwym czasie, w niewlasciwej skorze.
22:36, aguita20
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2008
czasochizm

Chyba jeszcze nigdy dotad nie mialam tak konkretnego planu na najblizszy rok.
Dziwne to wyobrazenie...

---------------------------------------

Dopisek
Plus plan w zarysie na kolejne dwa lata. Czyli w sumie trzy lata. Niby wiecznosc. Chociaz...gdy pomysle o tym, co bylo trzy lata temu, to ten czas smignal. Czaso-galop. Czasochizm.

19:13, aguita20
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lutego 2008
stosunki okołorodzinne
mężczyzna dostaje kota na widok kota.

ja dostaje kota na widok kota.

sam kot nie dostaje na nasz widok kota, wręcz przeciwnie ;)


19:32, aguita20
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 stycznia 2008
przekształcenia, od niechcenia...
tak...Tego poprzedniego wpisu z buchającą parą, energią i innymi takimi to chyba nie pisałam w tym roku. A jeśli tak, to to było bardzo dawno temu.

Diabeł tkwi w szczegółach, a raz wypowiedziane słowa (tym bardziej te wypowiedziane kilkakrotnie) lubią wracać... Zaskakujące jest tylko to, że aż tak zabolały.

Na ile szczegół jest szczegółem? Na ile przez to cały pomysł na najbliższy rok traci rację bytu? Ile czasu spędzę próbując się dodzwonić, żeby uzyskać kilka podstawowych informacji?
11:34, aguita20
Link Komentarze (9) »
wtorek, 22 stycznia 2008
zdecydowanie częściej powinnam wyjeżdzać w podróż.
Oprócz tego, że podróże kształcą, to tego hm... umożliwiają odcięcie się od spraw doczesnych, a tym samym konstruktywne przemyślenie sobie tychże.
Tak mi się przynajmniej wydaje, że było ono konstruktywne.
Natchnęło mnie to nową, zupełnie innej jakości energią.
Pod tym, co nowe, znajduje się jednakże to stare, znajome (nie powiem, że swojskie, bo brzmi to zbyt przyjemnie), czyli ogromny talent do przekształcania konstruktywnego w dekonstruktywne. W skrócie - przypadkiem i od niechcenia sprawiłam, że rozpadł mi się stepper.
I tak o, 2008 zaczął się pełną parą.
19:48, aguita20
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Przystanek końcowy, Tallinn
wspomnienia pisane później...


























20:57, aguita20
Link Dodaj komentarz »
Ryga
znwou na dobry początek, wspomnienia pisane później...

W Rydze pojawiło się słońce



a wraz ze słońcem mróz.



czyli ziiimnooo



Przemarźnięta i otulona nie do rozpoznania...
20:53, aguita20
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 stycznia 2008
Budapeszt
Minął tydzień, a słów jakby nie przybyło, samego czasu zresztą tez nie...
W Budapeszcie byłam po raz drugi. Pierwszy pobyt był jeszcze krótszy i szybszy. Intensywne było wtedy nawet słońce.
Dworzec sprawia dokładnie takie samo wrażenie jak wtedy... chaotyczny, prowizoryczny, jakby zawieszony w czasie, skąpany w mgle.
Budapeszt ma w sobie coś...co trudno opisać. To coś przyciąga i chciałabym tam wrócić, najlepiej jeszcze w tym roku.

Prosto z pociągu udaliśmy się na informację, gdzie powitał nas szerokim uśmiechem Węgier, który między innymi udzielił nam wskazówek jak postępować na wypadek, gdyby nas przyłapali kontrolerzy, a my nie mielibyśmy biletów. W żadnym wypadku nie pokazywać żadnych dokumentów, bo oni nie mają takich uprawnień. Tylko turyści płacą w naszym kraju za jazdę na gapę, bo miejscowi to podają fałszywe dane. I dodał usprawiedliwiająco: jak władza nas, tak my władzę... Wygląda na to, że Węgrzy to anarchiści ;) zwłaszcza, że z różnych powodów faktycznie nie zawsze mieliśmy przy sobie bilety i próbowaliśmy je nabyć u kierowców, na co ci wzruszali ramieniami i mówili "no problem". Tak więc dosyć często zdarzało nam się jeździć tam na gapę.



widok na Peszt





widok na Peszt, na Parlament




14:15, aguita20
Link Komentarze (2) »
Bratysława
Do Bratysławy dojechaliśmy szybko i bezboleśnie, w końcu to tylko 60 km, a o obu miastach ze względu na położenie mówi się, że to Twin City.

I tam nikt na nas nie czekał. Niestety.
Bo L. wydawało się, że we wszystkich wschodnioeuropejskich miastach stoją na dworcach tłumy i prześcigają się w oferowaniu tanich, wygodnych kwater. Jakoś nie udało mi się wypaść przekonująco z wersją 26.12, dzień spędzony przed stołem i telewizorem, do momentu, gdy przekonaliśmy się bardzo na żywo, że pusto, głucho i wszystko pozamykane. Łącznie z informacją turystyczną.
Tak więc potoczyliśmy się z walizkami do centrum, wtoczyliśmy się do pierwszego lepszego hotelu, trafiając na pierwszy gorszy, a następnie zaczęliśmy oglądać miasto.
Które jest małe, ładne i przytulne.












Po kilku godzinach wieczornych (stąd brak zdjęć ze starego miasta) doszliśmy do wniosku, że kręcimy się w kółko i dosyć mocno wyrobiliśmy sobie ogólne wrażenie, toteż oddaliśmy się życiu knajpianemu, spędzając resztę wieczoru na delektowaniu się czeskim piwem.
Zanim następnego dnia udaliśmy się do Budapesztu, wzmocniliśmy się śniadaniem i widokiem na popiersie Bismarcka



w kawiarni Cafe Mayer, w której mieliśmy przyjemność zjeść najepszy Sachertorte.
14:03, aguita20
Link Dodaj komentarz »
Zapiski z podróży. Wiedeń
Można powiedzieć, że wszystko wróciło do normy:
bagaże szczęśliwie dotrały na miejsce, Heimryś pomiaukuje przy pierwszym dzwonku budzika (którego w czasie dwutygodniowej przerwy nie zapomniał...ku mej uciesze, ma się rozumieć), a z podróży na Wschód pozostały wspomnienia i zdjęcia.

Do Wiednia jechaliśmy niemieckim pociągiem, tak więc podróż była przyjemna, wygodna i pozbawiona jakichkolwiek niespodzianek.
Niespodzianką był natomiast czekający na nas na dworcu znajomy L. Nie, żeby samo jego pojawienie się na dworcu było zaskakujące, bo tak się umówiliśmy, ale ponieważ panowie poznali się w internecie i nigdy wcześniej nie spotkali się w świecie realnym, i w ogóle nie wiedzieliśmy, jak on wygląda i dokąd nas zaprowadzi... ;) to można powiedzieć, że była to niespodzianka. Zwłaszcza, że specjalnie dla nas przygotował kolację, mówiąc, że wprawdzie wcale nie umie gotować (i nie odbiegało to od prawdy ;) ale sprawia mu to przyjemność, a my na pewno jesteśmy głodni.
I tak o... Zostawił nas w swoim pokoju w akademiku, razem z dobrze zaopatrzoną lodówką i kluczem.
Tego wieczoru poczyniliśmy tylko jedno odkrycie, poszukując jakiejś sympatycznej knajpki w okolicy, a mianowicie, że wiedeńskie wino (tak tak, wiedeńskie!) jest dobre.

Wiedeń jest duży, klasyczny, sprawia nieco konseratywne wrażenie. Tak mniej więcej wygląda typowa wiedeńska ulica, z zabytkowymi, ogromnymi budynkami:



Na mnie zrobiły one nieco przytłaczające wrażenie... Jak widać, pogoda była mało sympatyczna. Jako że pojechaliśmy do Wiednia w celach typowo turystycznych, żeby się rozgrzać, udaliśmy się w miejsce, z którego Wiedeń słynie, czyli do Kaffeehaus:



Ociekająca złotem (w takim kolorze były stoły) Cafe Schwarzenberg.
Zamówiliśmy klasyczny zestaw: cafe melange, Sachertorte, Apfelstrudel i takie tam.
Smakowało klasycznie :) A najlepszy Sachertorte jest i tak w Bratysławie.
Wzmocnieni, rozgrzani, udaliśmy się w drogę i podziwialiśmy świąteczną dekorację




w samym sercu Wiednia, w drodze do Stephansdom, przepięknej, gotyckiej katedry (dla niej warto wybrać się do Wiednia, żadne, tym bardziej moje, zdjęcia, nie oddają choćby w przybliżeniu wrażenia, jakie robi na żywo).
Przy tej ulicy znajduje się mała restauracja, której nazwy nie warto wspominać, w której to spędziliśmy wigilię razem z innymi turystami, wsłuchując się z lubością w amerykańskie kolędy i racząc wiedeńskim winem.
Tego wieczoru odkryłam dla siebie białe wino...
I było oczywiste, że wyjedziemy poza miasto, aby obejrzeć okoliczne winnice



które zimą nie wyglądają tak imponująco, więc zmarźnięci udaliśmy się do Heuriger, żeby spróbować tegorocznego wina i słynnego (dobre, bo polskie ;) Wienerschnitzla, którego rozmiar nieco przerósł moje oczekiwania, nawet biorąc pod uwagę, że było to śniadanie połączone z obiadem



Jako, że był to najlepszy Wienerschnitzel, jakiego jadłam i jedyny prawdziwy, pokonałam prawie całą porcję.
Heuriger to zdecydowanie obowiązkowy punkt programu.

Na zakończenie, zanim przeniesiemy się do Bratysławy, jeszcze kilka klasycznych ujęć


Wiedeński Ratusz


Pomnik Mozarta







Najczęściej powtarzające się słowa: klasyczny i wino. Tak właśnie zapamiętałam Wiedeń.



13:23, aguita20
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52