Zapiski z podróży. Wiedeń
Można powiedzieć, że wszystko wróciło do normy:
bagaże szczęśliwie dotrały na miejsce, Heimryś pomiaukuje przy pierwszym dzwonku budzika (którego w czasie dwutygodniowej przerwy nie zapomniał...ku mej uciesze, ma się rozumieć), a z podróży na Wschód pozostały wspomnienia i zdjęcia.
Do Wiednia jechaliśmy niemieckim pociągiem, tak więc podróż była przyjemna, wygodna i pozbawiona jakichkolwiek niespodzianek.
Niespodzianką był natomiast czekający na nas na dworcu znajomy L. Nie, żeby samo jego pojawienie się na dworcu było zaskakujące, bo tak się umówiliśmy, ale ponieważ panowie poznali się w internecie i nigdy wcześniej nie spotkali się w świecie realnym, i w ogóle nie wiedzieliśmy, jak on wygląda i dokąd nas zaprowadzi... ;) to można powiedzieć, że była to niespodzianka. Zwłaszcza, że specjalnie dla nas przygotował kolację, mówiąc, że wprawdzie wcale nie umie gotować (i nie odbiegało to od prawdy ;) ale sprawia mu to przyjemność, a my na pewno jesteśmy głodni.
I tak o... Zostawił nas w swoim pokoju w akademiku, razem z dobrze zaopatrzoną lodówką i kluczem.
Tego wieczoru poczyniliśmy tylko jedno odkrycie, poszukując jakiejś sympatycznej knajpki w okolicy, a mianowicie, że wiedeńskie wino (tak tak, wiedeńskie!) jest dobre.
Wiedeń jest duży, klasyczny, sprawia nieco konseratywne wrażenie. Tak mniej więcej wygląda typowa wiedeńska ulica, z zabytkowymi, ogromnymi budynkami:

Na mnie zrobiły one nieco przytłaczające wrażenie... Jak widać, pogoda była mało sympatyczna. Jako że pojechaliśmy do Wiednia w celach typowo turystycznych, żeby się rozgrzać, udaliśmy się w miejsce, z którego Wiedeń słynie, czyli do Kaffeehaus:
Ociekająca złotem (w takim kolorze były stoły) Cafe Schwarzenberg.
Zamówiliśmy klasyczny zestaw: cafe melange, Sachertorte, Apfelstrudel i takie tam.
Smakowało klasycznie :)
A najlepszy Sachertorte jest i tak w Bratysławie.Wzmocnieni, rozgrzani, udaliśmy się w drogę i podziwialiśmy świąteczną dekorację

w samym sercu Wiednia, w drodze do Stephansdom, przepięknej, gotyckiej katedry (dla niej warto wybrać się do Wiednia, żadne, tym bardziej moje, zdjęcia, nie oddają choćby w przybliżeniu wrażenia, jakie robi na żywo).
Przy tej ulicy znajduje się mała restauracja, której nazwy nie warto wspominać, w której to spędziliśmy wigilię razem z innymi turystami, wsłuchując się
z lubością w amerykańskie kolędy i racząc wiedeńskim winem.
Tego wieczoru odkryłam dla siebie białe wino...
I było oczywiste, że wyjedziemy poza miasto, aby obejrzeć okoliczne winnice

które zimą nie wyglądają tak imponująco, więc zmarźnięci udaliśmy się do Heuriger, żeby spróbować tegorocznego wina i słynnego (dobre, bo polskie ;) Wienerschnitzla, którego rozmiar nieco przerósł moje oczekiwania, nawet biorąc pod uwagę, że było to śniadanie połączone z obiadem

Jako, że był to najlepszy Wienerschnitzel, jakiego jadłam i jedyny prawdziwy, pokonałam prawie całą porcję.
Heuriger to zdecydowanie obowiązkowy punkt programu.
Na zakończenie, zanim przeniesiemy się do Bratysławy, jeszcze kilka klasycznych ujęć

Wiedeński Ratusz

Pomnik Mozarta



Najczęściej powtarzające się słowa: klasyczny i wino. Tak właśnie zapamiętałam Wiedeń.